Obraz pani Ireny

2005.12.10 Nasza Polonia

Tamten ogród - tkwi³ g³êboko ukryty gdzie na Pomorzu Drawskim, poród kumkania jezior i ³±k z ró¿owym rdestem. Za czarn±, lekko uchylon± furtk± pani Irena ustawi³a ¿elazny fotel i udrapowa³a na nim koc. Sztalugi mia³y zostaæ przyniesione nazajutrz.

- Nie, s± zbyt lekkie - przypomnia³a sobie i przytaszczy³a drabinê, na której wkrótce powiesi³a zagruntowane p³ótno. Ogród, pó³dziki i romantyczny w milczeniu zaakceptowa³ now± dekoracjê ustawion± miêdzy szop± a purpur±¿. Z g³êbi starego tarasu Kopernik, zamkniêty w kamieniu, zag³askany przez studentów a¿ do paskudnych b³ysków nadal wygl±da³ jak u siebie.

Pierwsze dni czerwca podpowiedzia³y ów pomys³ malowania w plenerze.

- Nie robi³am tego od lat - powiedzia³a Lidii, swemu modelowi i Ani, kiedy wy³oni³y siê z wilgotnej cie¿ki, z plam s³onecznych rozhutanych wiatrem po ca³ej polance. Jednak entuzjazm twórczy pani Ireny, przebrany w szaty gestów gocinnoci i wyd³u¿onej, miêkkiej fazy zdañ nie³atwo zdradza³ swoj± obecno¶æ.


Magda Dunikowska, Pary¿
Fot. Grace Wychowanska

- Model - mówi³a, k³ad±c u stóp drabiny talerzyk z wyciniêtym doborem barw - ma zastygn±æ w pozycji i milczeæ.

- Tak, tak, - potwierdzi³a Ania zbli¿aj±c siê do Lidii - mama w trakcie seansów nie lubi gadania.

Pani Irena wpatrywa³a siê w farby ju¿ dobrane do kompozycji, potem wróci³a na chwilê do tubek pozostawionych w kuferku.

- Tylko na pocz±tku, zanim nie uchwycê postaci - dorzuci³a z nieuchwytnym tonem usprawiedliwienia, a ton wypowiadanych s³ów do z³udzenia przypomina³ poci±gniêcia jej pêdzla. Szerokie, lekko ugiête, a jednak zdecydowane, letnio ogarnia³y sylwetkê i zupe³nie nie by³o wiadomo, czy zieleñ w tle nale¿y jeszcze do ogrodu czy ju¿ do postaci. Tak samo, jak nigdy nie wiadomo, czyj to jest portret. Kontury precyzuj± owal twarzy, bry³ê rêki, ale gdzie koñcz± siê proporcje modela, a zaczyna harmonia malarza?

Kreska kapelusza szybko zamknê³a obwód sylwetki i pani Irena przenios³a swój wzrok na udrapowany koc, który wkrótce zaistnia³ na p³ótnie mozaik± s³odyczy cukierków miêtowych i p³ytkiego stawu latem. Teraz nale¿a³o wej¶æ w zaklêty kr±g postaci, wiêc suknia zaczê³a sp³ywaæ miêkk± fal± niczym mietanka w owe migocz±ce zielonoci koca, przelizgnê³a siê g³adko pod lini± r±k jak pod mostem i zatrzyma³a na po³udniowej granicy obrazu. Wtedy kolia wokó³ szyi drgnê³a wiat³em seledynowych i mlecznych dysków ze szk³a, porozumia³a siê w pól s³owa z barwami koca.

- Na dzisiaj chyba wystarczy i nie bêdziemy d³u¿ej mêczyæ modela - cofnê³a siê o dwa kroki i ogarniaj±c ca³o¶æ p³ótna doda³a - Tak. Widzê to mniej wiêcej, o reszcie pomylê ju¿ sobie po po³udniu.

- Model nie ma prawa czuæ siê zmêczony, tylko p³awiæ siê w artyzmie chwili. - dobieg³o od strony koca. - Wch³aniaæ sobie atmosferê pleneru wszystkimi czu³kami. Chyba czujê siê jak stu³bia.

- Cierpliwoci± modela malarz oddycha g³êboko i d³ugo. - Pani Irena podchwyci³a ton wyra¼nie zadowolona. Wpatrywa³a siê z pó³umiechem w rozpaækany talerzyk.

- Picasso za¿±da³ od Gertrudy Stein osiemdziesiêciu seansów. Tak, wiem, ¿e pani wyje¿d¿a ju¿ za piêæ dni - ci±gnê³a nie odrywaj±c wzroku od tej palety-talerzyka. Lidia czeka³a na dalsz± relacjê o wytrwa³oci znakomitych modeli, gdy nag³y podmuch wiatru trzepn±³ w sztalugi. Popatrzy³y na siebie i bez s³owa zaczê³y wnosiæ ca³y warsztat do domu. Bia³e kumulusy, bardziej opas³e ni¿ rano panoszy³y siê teraz bezkarnie na ca³ym zachodnim kwadracie nieba widocznym z tej czê¶ci ogrodu.

***

Nazajutrz wietrzysko czeka³o ju¿ z ca³ym stadem chmur-baranów przepêdzanych nad drzewami, ale drabina-sztaluga zdecydowanym rozkrokiem utrzymywa³a p³ótno na swych gwo¼dziach - dla pani Ireny plener istnia³ nadal. Wiatr i jego pochmurne towarzystwo to tylko lekkie smagniêcie przeciwnoci losu. Czy talent jest tajemnicz± broni± rozlu¼niaj±c± ucisk czasu? Zaszyfrowan± cie¿k± sensu w lawinie og³uszaj±cej codziennoci? Czy tylko ostatecznym wysi³kiem, który podtrzymuje chaos dwa milimetry nad w³asn± czaszk±?

Model znieruchomia³ we wczorajszej pozycji. Po stronie p³ótna nast±pi³o o¿ywienie. Plamki i smugi odrywa³y siê od pêdzla i wpada³y w rezonans cierpliwego t³a: kosmyk w³osów umkn±³ spod kapelusza, b³ysn±³ na moment rudoci±, ale szybko, jak zwierz±tko, ukry³ siê wród pasemek koloru liwki wêgierki. Skupiona twarz pani Ireny panowa³a nad sytuacj±. Prosty uk³ad dwóch osób i paru przedmiotów komponowa³ w swej istocie sofistyczn± instalacjê. Krótkie spojrzenia rzucane w kierunku modela niby sondy przetacza³y psyche postaci zastyg³ej w fotelu, a za ka¿dym umoczeniem pêdzla w palecie i dotkniêciem p³ótna przeskakiwa³a iskierka ¿ycia.

Przez wieki malarze uprawiaj±cy sztukê portretu budzili uzasadnione obawy, gêsto splecione z fascynacj± - myla³a Lidia. - Czy s³u¿± swym znakomitym modelom? Czy na podobieñstwo wampira wysysaj± z pozuj±cych soki ¿yciowe? I jaka jest naprawdê moc artysty? Czy za cen± obietnicy niemiertelnoci potrafi on bezkarnie zatrzymaæ trwanie? Kim w³aciwie jest postaæ z portretu? Sama urokliwa czy rzucaj±ca urok? Czy w kolorach i w liniach mo¿na przechwyciæ choæby czê¶æ duszy? I dlaczego ludy prymitywne do dzi lêkaj± siê fotografów? Z³odziei wizerunków czy z³odziei dusz?

Sylwetka pani Ireny to elegancka plama kardiganu - g³êbokim b³êkitem nocy, ksiê¿ycowym srebrem w³osów przerywa zieleñ trawnika i w±sk± stru¿k± pêdzla wp³ywa w prostok±t p³ótna.

-Dlaczego ta twarz wychodzi mi jak u Rafaela? - jasne smagniêcie konturu poni¿ej kapelusza zaatakowa³o owal.

- To dziwne. Zawsze by³am przekonana, ¿e mam twarz trójk±tn±, ot taki szczurzy pyszczek - wyzna³a Lidia.

- Nie, nie... Pani oblicze nie jest ³atwe dla malarza, nie posiada jednolitego stylu. Tak... Ju¿ wiem! Wiem, sk±d te reminiscencje Rafaela. Ma pani oczy madonny, nos dziecka, a usta wampa.

- To brzmi jak diagnoza. Jak z taka twarz± mo¿na aspirowaæ do harmonijnego ¿ycia? Gdy ka¿da czê¶æ goni w innym kierunku?

- Kiedy Picasso ostatecznie zdecydowa³ po³o¿yæ kres pozowaniom, pokaza³ Gertrudzie Stein jej portret i uprzedzi³ damê: "Nawet, jeli wydaje siê pani go nie przypominaæ, z czasem to nast±pi". - Obie parsknê³y miechem. Lidia westchnê³a:

- Czyli ¿e portret nie jest koniecznie zatrzymaniem chwili. Picasso siêgn±³ w przysz³o¶æ swoj± d³ug± rêk±, a z niej przyci±gn±³ jak na gumce sw± damê, wyk±pan± w czasie?

- Hmm.. wielk± w³adzê przypisuje pani malarzom - pani Irena od³o¿y³a pêdzel.

- To specyficzni twórcy. - zaczê³a niepewnie Lidia. - Czas jest ich surowcem tak samo jak farby czy p³ótno. Rzucaj± mu wyzwanie, unieruchamiaj± tê chwilê, która ma byæ piêkna.. Mistrzowie paradoksu. Najwiêkszy jednak talent nie da im mocy zatrzymania siebie, ani swoich modeli, ani w ogóle ¿adnego widza. - Lidia myla³a ju¿ o swoim portrecie.

- Ka¿de spojrzenie rzucane na portret - pani Irena powiedzia³a to bez ¿alu - co innego w nim dostrze¿e, co nowego dopisze. Albowiem spektatora nieustannie iryguje czas, a przep³ywaj±c, raz ¼ródlan± przejrzystoci± oczy oczyszcza, a raz ciekami codziennoci optykê mu wykrzywi...

- Sk±d jest ten cytat? - zaciekawi³a siê Lidia.

- To taki mój chwyt. Pedagogiczny.. Kiedy widzê, ¿e studenci nie s³uchaj± ju¿ wyk³adu, wtedy zmieniam styl. Wchodzê na koturny, albo zaczynam mówiæ od rzeczy i czekam.

- Habent sua fatum libelli. Czy pani myli, ¿e obrazy te¿ maj± swe przeznaczenie? - Lidia nagle zobaczy³a siê na sali wyk³adowej, poród studentów pani Ireny.

- Niew±tpliwie wp³ywaj± na ¿ycie ich w³acicieli. O ile ci potrafi± prowadziæ z nimi dialog.

****

Trzeciego dnia deszcz sp³ywa³ obficie ju¿ od witu, wiêc plener zainstalowa³ siê we wnêtrzu letniego domku. Pani Irena kr±¿y³a po kuchni, zapach neski skutecznie wypêdza³ wilgoæ. Stawiaj±c tacê ze szklankami posunê³a parê s³oików ze wie¿o odwirowanym miodem.

- Ramki by³y tak ciê¿kie - jej g³os ugina³ siê wraz z miodem - ¿e z ledwoci± uda³o mi siê je wyci±gn±æ.

Czy pieczo³owicie pielêgnowane ule wiod³y pomostem w familijn± posiad³o¶æ na Litwie? Ale przecie¿ stosunek artysty do rodziny nieustannie drga ambiwalencj± - zastanawia³a siê Lidia.

- Z pocz±tkiem lat piêædziesi±tych wyjecha³am do Na³êczowa do pracy w tamtejszym liceum plastycznym. Ch³opcy byli jeszcze ca³kiem mali. Zakwaterowano nas w starym pa³acu ze zrujnowan± kanalizacj±. Po wodê chodzi³am do studni na podwórzu. Otoczenie jednak dba³o o mój entuzjazm. Cybis powtarza³: "Irena, pamiêtaj, musisz malowaæ. Sztuka jest najwa¿niejsza!" A dyrektor liceum: "Pani Zahorska, rozumiem, ¿e warunki s± trudne, ale g³ównie proszê skupiæ siê na szkole. W dzisiejszych czasach to ona jest najwa¿niejsza!". Natomiast moja ciocia nie przestawa³a mi przypominaæ: "S³uchaj Irenko, myl przede wszystkim o dzieciach. To one s± najwa¿niejsze!" - wspomnienia pani Ireny podlega³y podobnej selekcji jak jej paleta.

Przyznaæ trzeba, ¿e wytyczne tamtych lat mia³y zdecydowany charakter i wszystkie trzy zakotwiczy³y siê na sta³e w ch³onnej m³odej psychice malarki. Teraz, po 35-ciu latach syn Marek, przywo³any w roli eksperta szuka³ dziury w ca³ym.

- Lidia nie ma przecie¿ tak grubych r±k - orzek³ zwê¿aj±c kreskê.

- No to dzisiaj, w wietle tak mokrego ranka popracujê sobie nad tymi chaszczami za pani g³ow±. Potem wrócê do okularków i oczu. Bo to nadal jeszcze nie pani....

Marek z Lidi± siêgnêli po szklanki z kaw± i usadowili siê w po k±tach, wpatruj±c siê w sztalugi, ka¿de z innej perspektywy.

I soczysta jadowito¶æ zbli¿y³a siê zza kapelusza, musnê³a oba policzki i przylgnê³a cicho do karku. Pastele twarzy, dekoltu i sukienki odpowiedzia³y opalizuj±c± mlecznoci± i ca³y obraz nagle zako³ysa³ siê harmonijnie i osiad³ na swym punkcie ciê¿koci. Teraz kunszt pani Ireny migota³ wokó³ oczu tworz±c nie powieki, nie ¼renice, ale spojrzenie pe³ne weso³ych b³êdnych ogników wyprowadzaj±cych perspektywê za drug± stronê p³ótna, ju¿ w inny wymiar. W czarn± dziurê, czy w byt równoleg³y?

***

Przygotowaniom obrazu do podró¿y lotniczej towarzyszy³ reisefüber podobny jak przy pakowaniu walizek. Postaæ z p³ótna, miêkka jeszcze wie¿oci±, zosta³a troskliwie ujêta w ramki. Marek umocowa³ jeszcze wokó³ trzy ochronne poprzeczne listewki. Uderzenia m³otka wokó³ sylwetki z portretu spada³y rytmicznie i fachowo. "Odg³os gwo¼dzi wbijanych do trumny" - pomyla³a Lidia.. Po czym obraz poch³on±³ plastikowy wór.

- Oby tylko nie okaza³ siê portretem Doriana Greya - rzuci³a Anka, nie tyle z³owieszczo, co obiecuj±co.

Lidia umiechnê³a siê zastanawiaj±c czy ulec pokusie. Oskar Wilde tak czêsto mia³ racjê!

A Marek nie przepuci³ okazji wyk³adu. Stan±³ na skrzyni po kartoflach, zadowolony z okazji.

- Dorian Grey patrz±c na swój portret dostrzeg³ doskona³o¶æ i olepi³ siê ni±. Ale to przecie¿ magia artysty uchyli³a mu wrota do absolutnej harmonii. Tymczasem on, który artyst± nie by³, targn±³ siê na zamianê ról. Udawa³, ¿e sam jest dzie³em sztuki, a obraz zwyk³ym miertelnikiem. Zapomnia³, a mo¿e nigdy nie wiedzia³, ¿e sztuka dlatego zamyka piêkno w nieruchomych przedmiotach, gdy¿ tylko tam pozostaje ona poza zasiêgiem chwiejnej i nieokie³znanej natury ludzkiej. Portret obdarowany zwyk³ym ¿yciem straci³ sw± moc, ale bynajmniej nie na rzecz Doriana Greya. - Marek zatrzyma³ na moment wywód, jakby zawiedziony. Nikt nie przyszed³ mu jednak z pomoc±.

- Inni w sztuce portretu szukaj± upiêkszonego wizerunku pozuj±cego, jakiej poprawionej i uzupe³nionej jego wersji. Albo sobowtóra ju¿ prawie na cokole. A przecie¿ malarz ofiaruje im co wiêcej. Szansê uchwycenia siebie z zewn±trz. Dotkniêcie tej osobliwej przestrzeni zwanej transcendencj±. Gdy¿ portret w³anie tam mieszka. W obszarach tak po¿±danych przez filozofów, mistyków i artystów.

Nie mo¿emy dostrzegaæ innych nie bêd±c sob±, ale inni uporczywie wydaj± siê nam obcy, naje¿eni ró¿nicami, a mimo to jedyni w roli naszych w³asnych zwierciade³. Artysta, wprowadzaj±c nas w portret godzi ambiwalencje: widzê siebie jak widzê wszystkich innych, przenikam przez dwa wymiary, jak Alicja na drug± stronê lustra....

Lidia przykucnê³a przy pakunku sprawdzaj±c, czy plastik naprawdê nie jest prze¼roczysty.

- Gdzie go pani powiesi? - zapyta³a cierpliwie pani Irena.

- Na b³êkitnym murze. Zamiast lustra.

Vieste - Pary¿. Lato 1998.


Magda Dunikowska