Szerokie
tory
Andrzej
Niewinny Dobrowolski
Dziewiąty
lipca, godzina 08.55, dworzec główny
PKP w sercu Roztocza, Zwierzyńcu.
Zapowiada się piękny,
słoneczny dzień,
niestety jak się później
okaże - również
upalny. Z pewnością
jeden z najgorętszych dni
tego lata. Przy wąskim peronie
z upstrzonym na obrzeżu zamalowanym
na biało liszajem zmurszałego
cementu, niski budynek mieszczący
kasę, poczekalnię
i zaplecze biurowe. W małej
sionce oparty o nieskomputeryzowaną
jeszcze radiostację z korbką
składany rower zawiadowczyni
stacji. Na zewnątrz dwie ławki
i przykryta drewnianymi drzwiczkami studnia. Cisza.
Tory są
dwa. Z pozoru podobne, jednak różniące
się od siebie zasadniczo,
jako że jeden to "nasz",
normalny, drugi zaś "szeroki",
łączący
Zaporoże z Hutą
Katowice. Tor ów dziarsko pomyka przez puszcze Roztoczańskiego
Parku Narodowego, ostoje konika polskiego, głusze
i ciszę starodrzewów, wylęgarnie
ptaków wodnych i ssaków lądowych
na prawach absolutnej wyłączności,
jako że ludziom w miękkich
adidasach do lasu wchodzić
nie wolno, by zwierzynie spokoju nie zakłócać.
Wynajmując wakacyjne mieszkanie
nieopodal dworca, powoli przyzwyczajamy się
do huku. Szczególnie pędzące
w głąb Polski miliony ton
roztelepanej blachy załadowanej
po brzegi wschodnim powietrzem zrywają
nas z najgłębszego snu, czyniąc
rwetes nieopanowany, ale widać
tak ma być. Jakby nie miało,
to by nie było, a że
ma, to jest, ot co.
Póki co jest rześki
poranek, a my tryskamy zdrowym humorem przepełnionym
nadzieją na przygodę.
My, to moja żona i ja, zaś
przygodą - wyjazd na weekend
do Lwowa.
Do Jarosławia,
w celu dokonania przesiadki oraz sfotografowania się
na tle dworca, dojechaliśmy
przed trzynastą. Żona
obdarowana przez los wrodzoną
ciekawością,
zapragnęła upewnić
się, kiedy odjeżdża
najbliższy pociąg
do Przemyśla i w tym celu
wdała się
w rozmowę z informacją.
Taki przynajmniej szyld wisiał
na szybie, za którą urzędowała
odziana w granatowy fartuch niewieścia
smutnoszarość kopcąca
wbrew obowiązującemu
zakazowi nieszczególnie aromatyzowanego papierosa marki zbliżonej
do popularnych. Niestety, szyld nie mówił
prawdy, jako że pani nie wiedziała
wiele na ten temat, zaś to,
co wiedziała, nie zgadzało
się z prawdą.
Oczywiście
znaliśmy porę
odjazdu pociągu i żona,
szczera z natury, wygadała
się już
na samym początku. Informacja
ucieszyła się,
nie powiem, i przez moment jakby włożyła
pomiędzy zmarszczki swojej
okopconej buzi coś na podobieństwo
uśmiechu. Ale może
uległem złudzeniu,
trudno orzec. W każdym razie
powiedziała: "Taaak,
taaak, macie państwo
rację,
jest tu taki, tylko mi się,
piernik, zamazał
marmeladą.
O! Tu go mam, widzi pani?!" Zamaz marmeladą
dotyczył wytłuszczonego
zeszytu w kratkę z nabazgranymi
długopisem porami przyjazdów
i odjazdów pociągów z tutejszej
stacji. Na zadane bez szczególnej potrzeby ani złośliwości
pytanie, jak daleko może być
stąd do Przemyśla,
urzędniczka skupiła
się starannie, stłamsiła
końcówką
długopisu kopcący
w przepełnionej popielniczce
niedopałek, przywdziała
na powrót służbową
powagę i stwierdziła:
"To na pewno będzie
spory kawał,
ale jaki, to nie jestem pewna", zaś
moja niezdrowo pobudzona ciekawość
na odchodne dotycząca odległości
do Rzeszowa wyzwoliła w nerwowo
zapalającej świeżego
papierosa informacji rozbrajającą
szczerość okazaną
wyznaniem: "Drodzy państwo,
dajcież
mi już
spokój. Skąd
ja mogę
wiedzieć
takie rzeczy?
Zaopatrzywszy się
z braku zimnej coca coli w letnią
pepsi, udaliśmy się
w dalszą drogę.
Wreszcie Przemyśl. Hal dworca
urządzony z iście
wschodnim przepychem: Migotliwe kryształy
wisiorków wielkiego żyrandola,
lampiony, kapiące ze ścian
złoto dopełniające
się z niebiańskim
błękitem wyrazistych fresków
w stiukowych obramowaniach pod cerkiewnym zwieńczeniem
kopuły sufitu. Na poziomie
parteru, wzdłuż
ścian, przeszklone konfesjonały
biletowych kas. Przed nimi ogonki wiernych. Najbliżsi,
w głębokim ukłonie,
z przejęciem zwierzają
się obojętnej
minie kasjerki, dokąd pragnęliby
przetransportować siebie oraz
swoje wielgachne, czerwono-niebiesko-płowo-brudne
torby na rozchybotanych dwukółkach.
Przez półkolistą
szparę w szybie wsuwają
ofiarę, otrzymując
z drugiej strony opłatek biletu,
który skrzętnie, jak relikwie,
chowają do zapiętej
na agrafkę płóciennej
torebki, pod biustonosz czy po prostu do sekretnej kieszeni z błyskawicznym
zamkiem przyszytej grubą dratwą
po wewnętrznej stronie schowanych
pod maskującymi kalesonami
dodatkowej pary solidnych, nieprzemakających
majtek. Do kompletnego obrazu polsko-ukraińskiego
obrządku kolejowego wydawało
się brakować
jedynie wyłożonych
przed okienka stuł do ucałowania
oraz klęczników, na których
można by w skupieniu przeliczyć
drobne otrzymanej reszty.
Ustawiliśmy
się w kolejce za jednym panem,
ale, choć bez porozumieniewania,
jednocześnie i natychmiast
wykonaliśmy na niesłyszalną
komendę dwa kroki w tył.
Pan ów używał
zdecydowanie nieznanego nam dezodorantu. W ciemno-jesiennej koszuli
w przekwitłe, a może
nawet zwiędłe
już chryzantemy oraz w zmęczonych
popuszczonymi w kroku szwami sztywno-beżowych
spodniach, wypięty z łagodną
szczerością
na nieważny chwilowo świat
poza nim, oparł się
skulony nabożnie o marmurowy
parapet przedszybia kasy, pertraktując
z ukrytą w mrocznej głębi
kasjerką na temat podróży
do Kłajpedy. Wykonawszy kilka
ukłonów z dodatkowymi wyjaśnieniami,
wyjął wreszcie z tylnej kieszeni
spodni kilka wysłużonych
banknotów, sprawdził skrupulatnie
ilość zer na każdym,
po czym wsunął je w wycięty
półksiężyc
szyby, z którego po chwili wysunęło
się ubrane w kartonik biletu
pozwolenie na przejazd do miejscowości
posiadającej wspomnianą
sympatyczną nazwę.
Załatwiwszy
swoją sprawę,
odzyskał widać
na powrót potrzebę zainteresowania
się otaczającym
go światem - którego najbliższy
element stanowiliśmy właśnie
my - bo odwrócił się
i spojrzał na nas w sposób
mniej więcej taki, w jaki
zwykle spogląda się
na uczesanego w koguci grzebień
zielonego wróbla w różowej
kamizelce z pikowanego adamaszku. Niewykluczone, iż
mój wywinięty włosiem
na wierzch kożuszek bez rękawów,
kapelusz, laska oraz rękawiczki
bywają strojem nie codziennie
spotykanym w Kłajpedzie.
Zaczęliśmy
rozmawiać. Z przodu pachniał
jakby nieco mniej. Jego zdziwienie, z pozoru staranne, okazało
się jednak być
powierzchownym i chwilowym, bo, nasyciwszy nami ciekawość,
niczym ślimak schował
się na powrót pod konspiracyjnie
nic nie wyrażającą
minę na ciemnej twarzy utrudzonego
przygranicznym handlem chłoporobotnika.
I tylko para połyskujących
złotem przednich zębów
zdawała się
wnikać w zszarzałą
rzeczywistość przypomnieniem
tłustych, kolektywnych czasów
powszechnego dobrobytu. Mówił
do nas łamaną
polszczyzną, my do niego naginanym
rosyjskim. Szło nam nieźle.
- No a skolko nam
trjeba na dva dniej djengów we Lwowie?
- Tolko doljary,
pan, tolko doljary.
- No panimaju, panimaju,
alje skolko?
- Dvjesto doljarow,
ja mysli, pan.
Kupiliśmy
bilety, miejscówki oraz wałczery
i udaliśmy się
do przydworcowego kantoru po wspomniane "doljary", gdzie z
młodym biznesmenem siedzącym
za eleganckim komputerem w pomieszczeniu przypominającym
przerobioną na bank budkę
z piwem, podzieliliśmy się
trapiącą
nas niepewnością
co do ilości tychże
doljarów potrzebnych nam na dwa-trzy dni pobytu we Lwowie.
Nie wiedząc
co nas przez najbliższe pięć
godzin czeka, na wszelki wypadek postanowiłem
się przed podróżą
porządnie posilić.
W odróżnieniu od żony,
która nie znając swoich najbliższych
pięciu godzin, woli na wszelki
wypadek nie jeść nic. Są,
jak widać, różne
szkoły. Tak, czy owak udaliśmy
się do obszernej i wysokachnej
dworcowej sali restauracyjnej, gdzie można
było kupić
zimną wodę
mineralną i gorące
flaczki. Wzięliśmy
pełny zestaw. Pakując
jedną butlę
wody do plecaka, resztką z
drugiej umyliśmy zęby,
po czym wysikawszy się i przetarłszy
okulary, przeżegnaliśmy
się, pobłogosławili
nawzajem i skierowali na peron numer trzy.
Wszędzie
po drodze ludzie i toboły.
Wory, pudła, zaciągnięte
sznurkiem i paskami walizy, ale przede wszystkim wspomniane już
czerwono-brudno-niebieskie obszerne torby. Jedne w oczekiwaniu na dalszą
podróż leżące
w bezładnych kopcach pod bacznym
okiem pilnujących je właścicieli,
inne wleczone, dźwigane lub
pchane na rozklekotanych dwukółkach.
Duże, wielkie i ogromne, przerastające
często obszernością
zgarbionego pod ich ciężarem
człowieka.
Tu i tam, najczęściej
w kuckach, grupki zlepionych czół
pochylonych w wielkim skupieniu nad grą
jakąś lub zabawą?
Żona typowała
szachy, ja krzyżówkę,
ale żadne z nas nie miało
racji, bo czoła zajęte
były pieczołowitym
sprawdzaniem autentyczności
posiadanych dolarów. Być może
liczono je przy okazji, na co zdałyby
się wskazywać
kupki banknotów przekładane
z jednego miejsca na drugie. Próbując
odciążyć
żonę
od intelektualnego wysiłku
włożonego
w poszukiwania wyjaśnienia
dziwnego z pozoru rytuału,
zwróciłem się
ze stosownym pytaniem do jednego z czół,
ale zamiast odpowiedzi usłyszałem
szorstkie dosyć polecenie:
"Wy, pan, ido za swoju sprawu, ido!"
Być
może nawet i słusznie
mi doradziło, bo zaczęła
się właśnie
zbliżać
piętnasta, a o piętnastej
zero jeden, zmęczony jakby
wielogodzinnym oczekiwaniem na odkrytym i nie oszczędzanym
przez słońce
peronie trzecim, z zagadkową
dokładnością
tego "zero jeden" miał
ruszyć nasz pociąg.
Póki co stał i dyszał,
ziejąc kłębami
wibrującego żaru
wiszącego rozedrganą
plazmą ponad wystawionymi
na pastwę bezlitosnego słońca
wagonami. Jakiś nieroztropny,
umorusany kolejowym życiem
wróbel próbował przysiąść
na dachu jednego z nich, lecz wystrzelił
natychmiast rykoszetem, niby ostro ścięta
tenisowa piłka. Wtedy jeszcze
nie przyszło nam do głowy,
że ta blacha posiada również
drugą stronę.
Mieliśmy je póki co wypełnione
obrazami zielonych wzgórz Lwowa, po których za pięć
godzin spodziewaliśmy się
beztrosko spacerować, zaś
tam nie było nic o rozżarzonej
blasze.
Wyszedłszy
z chwilowego chłodu podziemnego
przejścia na peron trzeci,
spotkaliśmy się
z pierwszym zdziwieniem: Bezpośredniego
dojścia do pociągu
strzegł żołnierz,
odrapana z czerwonej i białej
farby barierka oraz rdzewiejąca
po rogach tablica z ostrym zakazem: "przejścia
nie ma". Napisu "MIN NIET" nie dostrzegliśmy,
więc nie wiadomo. Żołnierz
był, sądząc
z broni, polsko-rosyjski. Bagnetem na lufie wskazał
nam wejście do blaszanego
baraku, gdzie ukryte za drzwiami czyhały
dwie grube osobistości w spódnicach
posługujące
się hasłami:
"BILET" oraz "PROSZĘ
IŚĆ DALEJ". Rozpisane
miały to na role, bo jedna
wyraźnie była
od biletu, a druga od chodzenia dalej. Przezornie zaczerpnęliśmy
po głębokim wdechu chłodniejszego
skwaru z zewnątrz i zanurzyliśmy
się w cień
niewiadomego skrytego za przepierzeniem oddzielającym
drugą komorę.
Komory znam przede
wszystkim dwie: gazową i celną.
Ta była połączeniem
obu. Przestrzeń pod ścianami
wypełniały
podłużne
stoły i siedzący
za nimi umundurowani na zielono funkcjonariusze płci
obojga - resztę mocno skondensowany
dezodorant z poczekalni oraz senność.
Była wszędzie.
Podobna do wiszącego w pozornym
bezruchu rozwibrowanego żaru
nad dachami wagonów kłębiła
się ośliźle,
przylegając do rąk,
powiek, nóg... Rozparty na zbyt małym
dla niego plastykowym krzesełku
pierwszy z lewej grubaśny
wąsacz w mundurze celnika
poddał się
jej widać ostatecznie, bo
zapiąwszy na wydatnym brzuchu
klamkę tłustych
dłoni, zwiesił
ciężko masywną,
ubraną w kożuch
czarnej brody perlącą
się łysiną
potu głowę
i po prostu spał.
Nasze wejście
spowodowało nieznaczne zainteresowanie
czuwającej jeszcze części
urzędników, a po omdlałych
molekułach resztek dogorywającego
powietrza omsknęły się
nawet rzucone w spowolnionym tempie jakieś
próby nie dotkniętych uśmiechem
żartów odnośnie
miejsca naszego pochodzenia, na które zaproponowano Australię.
Poproszono nas o
wylegitymowanie się paszportami
oraz wałczerami, które dokładnie
obejrzano, skomentowano i ostemplowano. Odpowiedziano również
uprzejmie na pytania dotyczące
ewentualnego obowiązku posiadania
wizy jak i procedury warunkowej odprawy przedmiotów, z którymi raczej
niechętnie rozstawalibyśmy
się bez przymusu.
- U nas to już
wszystko wolno, proszę państwa,
dolary, kamery, aparaty...nic nie kontrolujemy, ale na ich granicy,
ho ho...! Podobno ostatnio komuś
wracającemu z Kijowa wydłubano
złoty mostek, którego nie
zgłosił
przy wjeździe, tak więc
radzimy dokładnie wypełniać
deklaracje. Dotyczy to również
wwożonych pieniędzy.
A wizy nie, nie potrzeba, starczy wałczer.
Moją
uwagę na temat upału
panującego w baraku skomentowano
lakonicznie:
- Co?! Upał?!
Tu, u nas?! Ha, ha, ha! Panie, u
nas to jest zaledwie lekko ciepło i w dodatku przewiewnie, jak się drzwi
na przestrzał odemknie; upał to zobaczy pan w pociągu.
Napotkałem na niejakie
trudności z przedstawieniem sobie większego zaduchu, tym bardziej, że
okno się przecież otwiera, pociąg jedzie, a przeciąg przeciąga i póki
co sytuacja anonsowana przez celnika rzeczywiście pozostała przeze mnie
niedowyobrażona. Mieliśmy się jednak wkrótce zająć szczegółowiej tym
zagadnieniem, stając twarzą w twarz z wagonową rzeczywistością.
Architekt, któremu
powierzono zagospodarowanie przestrzeni przeznaczonej do międzynarodowych
przewozów pasażerów tudzież ich dóbr podręcznych, w najśmielszych zapewne
oczekiwaniach i najczarniejszych snach nie przewidział ani nie prześnił,
że ktoś wpadnie na szatański pomysł, by zaprojektowane przez niego ruchome
szyby w oknach wziąć i po prostu... unieruchomić. Śrubami zakręcić,
klinami zaklinować. Na dobre, na zawsze i na amen.
Można domniemywać
jakie względy, powody, obawy, lęki i nienawiści przemawiały za podjęciem
decyzji o obciążeniu okien odpowiedzialnością za shermetyzowanie wnętrza;
można domniemywać, przed jakim złem chciano uchronić swoich obywateli
przejeżdżających przez terytorium przyjacielskiego wroga lub od jakich
ponęt próbowano ustrzec zakonserwowanych wewnątrz przyjaciół zza granicy;
można domniemywać, zakładać, przypuszczać i kalkulować; zgadzać się,
sprzeciwiać, chwalić i potępiać; można wszystko, co można, a obecnie
chwilowo można nawet to, czego nie było można i wkrótce znów nie będzie
można. Nie można wszak jednego: zamykać ludzi w rozgrzanym do buzującego
żaru wagonie na nieskończenie długi czas międzygranicznych manewrów,
nie dając im nawet ostatecznej szansy zwariowania i wyskoczenia przez
okno.
O związanej z klaustrofobią
stronie zagadnienia nie wspomnę, jako o niewinnym primaaprilisowym żarcie.
Myślę, że jak nigdy wcześniej zbliżyłem się do zrozumienia, na czym
polega sedno beznadziejności więzienia i za te doznania ukraińskim kolejom
państwowym składam niniejszym serdeczne podziękowania, zdecydowanie
nie zachęcając ich do powtarzania eksperymentu z moim udziałem.
Wydawać by się mogło,
że przez moment łaskawy los usiłował nawet wyzwolić mnie z opresji przedsiębiorąc,
przy pomocy opadającej gwałtownie nad moją głową ciężkiej powały żelaznego
sufitu stanowiącego podstawę górnej pryczy, próbę zmiażdżenia mi kręgów
szyjnych. Okazało się jednak, iż nie wziął poprawki na braki w powojennym
zaopatrzeniu rynku w tran oraz inne zdrowe płyny, w wyniku czego przyszło
mi jako dziecku chorować na krzywicę i nie doróść tych kilku dzielących
mnie od śmierci centymetrów. Poczułem zimny pot i był to jedyny moment
odczuwania jakiegokolwiek chłodu podczas tej podróży. Zwabiona hałasem
konduktorka uśmiała się do żywego i poinformowała mnie, że "musiała
puścić śruba, ale skoro żyję, nie ma się czym przejmować".
Trudno było odmówić logiki jej rozumowaniu. Na wszelki wypadek zaproponowała
nam przeniesienie się na inne miejsce, gdzie śruba jeszcze nie puściła,
ale zdecydowanie nie zainteresował mnie etat obsiadywacza ukraińskich
wagonów kolejowych i pozostaliśmy na już wypróbowanym.
Niczym nie oddzielone
od wąskiego korytarza wnęki, stanowiące dość odległe skojarzenie z przedziałami,
składały się z dwóch naprzeciwległych żelaznych skrzyń w kształcie trumien
z płaskimi wiekami służącymi za siedzenia oraz ze wspomnianych już przy
okazji oberwania się śruby górnych prycz. Zaczopowane okna dopełniały
kompletu, jeśli chodzi o elementy wyposażenia, resztę stanowiliśmy my,
pasażerowie. W większości - a podejrzewam, iż wyłącznie - obywatele
byłego mocarstwa, sądząc po wracających z wyprawy pustych torbach, żywo
zainteresowani rozwojem międzynarodowego handlu przygranicznego. Jak
się później dokształciliśmy, byli to przedsiębiorcy zaliczający się
do pośledniejszej, drugiej ligi bazarowej. Ci z pierwszej dawno przeszli
już na import mebli, dywanów oraz materiałów budowlanych i zaniechali
korzystania z publicznych środków lokomocji, przekładając ponad nie
własne, znacznie wygodniejsze auta, w których szyby można otwierać na
każde życzenie i do woli. Muszę powiedzieć, że wcale się temu nie dziwię
i sam postąpiłbym dokładnie tak samo, będąc na ich miejscu.
Pociąg szarpnął
z nagła, potarmosił wagony w tę i we w tę, jakby próbując, czy wszystko
trzyma się kupy, po czym ruszył ślamazarnie w stronę granicy. Z pewnością
odetchnęlibyśmy z ulgą, ale ani nie było czym odetchnąć, ani też żadnej
ulgi nie odczuliśmy. Tym bardziej, że po kilku metrach stanął ponownie,
a nawet przez chwilę począł cofać. Wtedy jeszcze, nie wykluczone ze
względu na mój wciąż nieodalarmowany poziom adrenaliny spowodowany niedawnym
bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z własną śmiercią, nie pomyśleliśmy,
żeby machnąć ręką na przyjaźń ukraińsko-polską, na zielone wzgórza Lwowa
oraz pieniądze wydane na bilety i po prostu uciec. Wyskoczyć przez drzwi
i uciec. Byliśmy jeszcze w ojczystym kraju. Nie odmówiono by nam przecież
ponownego przejścia przez granicę. Wszak człowiek nie kamień, co raz
rzucony nie może się rozmyślić i zawrócić. Nieco później, odzyskawszy
możliwość względnie spokojnej oceny sytuacji, gdzieś tak między trzecim
a czwartym szarpnięciem, spojrzeliśmy po sobie i jednomyślnie, bez słów,
zdecydowaliśmy się na natychmiastową ewakuację. Zgarnąwszy w nagłym
zrywie inicjatywy obrus z częścią rzeczy do plecaka, nie dbając o pozostawione
na siedzeniach skórzaki, rzuciliśmy się w stronę drzwi. Niestety, nie
dalej, jako że i one były zakneblowane. Jeżeli o oknach można z odrobiną
emfazy powiedzieć, że są oczyma pociągu, zaś drzwi jego ustami - to
ten pociąg był ślepy i niemy. Jedyną doraźną korzyścią wyniesioną z
owego nagłego wolnościowego zrywu było przypadkowe odnalezienie niewielkiej
szpary w podłodze na złączu dwóch wagonów, która wyglądała na nie zabezpieczoną
przed dopływem świeżego powietrza.
Kucnęliśmy nad nią
w oczekiwaniu na jakiś ewentualny powiew, ale nic takiego się nie zdarzyło.
Przynajmniej przez tę chwilę, zanim nie wygonił nas stamtąd konduktor
z sąsiedniego wagonu, ostrzegając przed możliwością upadku na głowy
jakiejś bocznej klapy, w której również prawdopodobnie musiała puścić
śruba. Zademonstrował nam zresztą, o co chodzi, odrywając na tę okoliczność
ową klapę od podklapia, czym bez trudu przekonał nas o prawdziwości
swojej groźby. Przy okazji owego behapowskiego instruktażu wywiązała
się między nami rozmowa zainicjowana przez konduktora ubranego w granatowe
spodnie oraz białą koszulę non iron z krótkim rękawem.
- Macie vodke, pan?
- Nie ponimajet...
paczjemu vy spraszivajetie.
- Nu, alje macie,
tak?
- Nie, nie mamy.
A zaczjem vam potrjebna vodka?
- Nu kak zaczjem?!
Pit' budjem!
Wtedy zorientowałem
się, że ten młody człowiek jest jednym wielkim rozedrganym oczekiwaniem
na zbawczego klina. Uczepił się łapczywie rozmowy, jakby już same pertraktacje
na temat wódki przynosiły mu namiastkę ulgi. Zauważywszy moje szczere
zainteresowanie jego sprawami, udało mu się nawet jakby na moment odwrócić
nieco uwagę od przekłuwającego bezlitośnie całe jego uświadamiane jestestwo
żądła zachłannego kaca i rozgadał się na dobre, przechodząc do omawiania
szczegółów pozaetatowych możliwości organizacji środków na pozyskanie
przedmiotu rozmowy. Z rozbrajającą szczerością ujawniał mi kolejne sposoby
popełniania służbowych oszustw:
- No kak eto, to
kontroli u vas njet?
- Jest kontrol,
panie, jest, nu oni toże ljudi i pit' muszu.
Nagle spoważniał
i zmienionym głosem szorstko wygonił od nas od dziury w podłodze:
- Iditje na svoji
mjesto, nu!, iditje!
Powodem wstąpienia
złego ducha służbowego braku ogłady w uprzejmego skądinąd i zdezorganizowanego
upalnym kacem konduktora było nagłe ukazanie się w przejściu od sąsiedniego
wagonu dwóch umundurowanych funkcjonariuszy w wielkich i sztywnych czapach.
Obaj niscy wzrostem, ale widać wysocy rangą, bo powaga bijąca z ukrytych
pod daszkami oczu przeszywała na wylot bez potrzeby bezpośredniego z
nimi kontaktu. Szerokie, czerwone epolety potwierdzały niezrozumiałym
kodem ich przeważającą nad nami wyższość. Nad nami spoconymi, uciemiężonymi
więzieniem, w cywilu i na dodatek bez epoletów. Obaj mieli pod pachami
jakieś portfele na dokumenty z popękanej dermy dopełniające wrażenie
statusu władców naszych losów. Mówili zdecydowanie po rosyjsku, nie
poniżając się do używania nadgranicznej, polsko-rosyjsko-ukraińskiej
lingua franca.
- Zdrastvujtje.
Vaschje passporty, pażausta.
Podaliśmy grzecznie
łapę pozbywając się paszportów. Wziął je, przekartkował, spojrzał na
okładkę, potem na nas, potem zawołał kolegę, jeszcze raz przekartkował,
i - podczas kiedy drugi zawiesił na nas baczne spojrzenie - szeptem
wymienili między sobą jakieś uwagi. Z nagła spoważnieli i główniejszy,
widać dowódca patrolu, zadał nam niezręczne i nie na miejscu wręcz pytanie:
- A kuda vaschje
vizy?
- Jakie wizy?
- Nu kak jakie?!
Ukrainskje!
"No ładnie.
Zaczyna się. A nie mówiłam, żeby dać spokój z tym Lwowem" - rozpoczęła
pertraktacje z generałami żona, zwracając się na wszelki wypadek po
polsku i na jeszcze bardziej wszelki do mnie.
- Powiedziano nam,
że wiz nie trzeba, wystarczą wałczery.
- Gdybyście mieli
polskie paszporty, a nie szwedzkie.
To ostatnie zdanie
powiedział czysto po polsku i nawet z czymś, co mogło przypominać cień
uśmiechu. Paszporty schował do teczki, wetknął ją na powrót po pachę
i odszedł, zabierając ze sobą kolegę.
Krajobraz na brudnej
szybie poszarzał jakby jeszcze bardziej, mimo słońca w pełni i zielonej
trawy do złudzenia przypominającej polską. Krowy również były identyczne,
natomiast bezładnie porozwalane wielgachne i rdzewiejące konstrukcje
metalowe wyglądające na kombajny rolnicze stanowiły pierwszy egzotyczny
obrazek. I jak się miało okazać jedyny, bo znów w przejściu ukazały
się wielkie czapy, a pod nimi twarze znanej już nam pary funkcjonariuszy.
Wizy
możecie otrzymać na punkcie granicznym w Mostiska.
Zgodziliśmy się.
Po
sto pięćdziesiąt dolarów za każdą.
Nie zgodziliśmy
się.
To
deportujemy was z powrotem na polską granicę.
- Na jakąkolwiek,
tylko nas deportujcie - rzekła mocno zainteresowana propozycją żona,
odzyskując z nagła humor.
Zalecono nam nieopuszczanie
swoich miejsc w oczekiwaniu na spełnienie obietnicy, która wszak miała
być aktualna dopiero po przyjeździe na punkt graniczny we wspomnianych
Mostiskach. Na nieśmiałą sugestię żony, czy nie można by nas przykładowo
wyrzucić choćby i na zbity łeb, byle już, od razu, natychmiast, a my
byśmy sobie jakoś tam poradzili z transportem do granicy polskiej sami
we własnym zakresie, urzędnik na wszelki wypadek spojrzał złowrogo spod
daszka swojej wielkiej czapy, jakby nie będąc pewnym, czy w szczerym
i niewinnym głosie żony nie ukrywa się jakaś kpina z urzędniczej powagi
zadaszonego funkcjonariusza, po czym zmieniwszy minę na rosyjską, powiedział
po ukraińsku, żebyśmy siedzieli i nie ruszali się z miejsca, a on po
nas przyjdzie we właściwym czasie.
O tym, że to, co
powiedział, znaczyło właśnie to, a nie na przykład zupełnie co innego,
dowiedzieliśmy się wszak nie od niego, bo ukraiński, choć niby geograficznie
bliższy, okazał się być nam zdecydowanie dalszy od rosyjskiego, lecz
od sąsiada po drugiej stronie korytarzowego przejścia. Sąsiad ten, młody
człowiek wyglądający na studenta, a może nawet początkującego doktoranta,
milczał do tej pory niewzruszenie, wpatrując się naprzemiennie w krajobraz
za szybą, to znów w swoje rozbute z pantofli stopy odziane w eleganckie
i wyraźnie nowiuteńkie skarpety. Dopiero po odejściu urzędników dostrzegł
jakby istniejący równocześnie ze skarpetami świat po wewnętrznej stronie
szyby i reagując na nasze nieme miny z mocno uniesionymi brwiami, sam
z siebie zaoferował swoje usługi jako tłumacz. Był istotnie studentem
ze Lwowa dorabiającym na czarno w Polsce. Aktualnie przy pracach budowlanych
na wsi koło Krosna.
W ogóle nasze, widać
egzotyczne w tych stronach, szwedzkie paszporty przyczyniły się do wzbudzenia
niezasłużonej wręcz niczym sympatii wśród pasażerów przysłuchujących
się rozmowie z funkcjonariuszami, to znaczy całego wagonu konduktorek
nie pomijając. Nagle znaleźliśmy się szczelnie otoczeni życzliwością
ludzi oferujących nam wodę do picia, kanapki z boczkiem, gorącą herbatę
i chyba ze trzy rodzaje wódek. Cztery panie i jeden pan przesiedli się
wręcz do naszej wnęki, powodując dodatkowe utrudnienie w odnajdywaniu
resztek niezużytych jeszcze atomów ożywczego tlenu. Wszyscy mówili po
polsku, lecz z serdecznością nie spotykaną już raczej po naszej stronie
szerokich torów. Pytali, jak wygląda życie w Szwecji, lecz znacznie
bardziej wydawało się im zależeć na tym, aby nas poinformować o sytuacji
panującej na Ukrainie. Zupełnie jak byśmy byli co najmniej delegatami
Amnesty International albo innego Czerwonego Krzyża. Mimo że odbarwialiśmy
na ile się dało domniemany, a zdecydowanie nieaktualny już skandynawski
dobrobyt z legendarnymi, nie ruszanymi przez nikogo zgubionymi portfelami
leżącymi tygodniami na ulicach, niejakich różnic nie dało się, niestety,
nie zauważyć. No cóż, co kraj, to obyczaj.
Wymieniliśmy adresy,
obiecali przysłać kartki i powróciliśmy do intensywnego wymawiania się
od kolejnej próby przekonania nas do wypicia proponowanej półszklanki
wódki z gorącą herbatą, ponoć najlepszego środka na pragnienie. Okazało
się jednak, że aż tak spragnieni nie byliśmy.
Tymczasem za oknem
od jakiegoś już czasu widać było tylko i wyłącznie ogromne, blaszane
wagony, co natchnęło żonę budzącą się nadzieją, że skoro są wagony,
to powinna być też jakaś stacja, co okazało się faktycznie słusznym
wnioskiem, bo w chwilę potem pociąg zaczął zwalniać swoje i tak ślimacze
dotąd tempo, a za oknem ukazały się budynki dworca z napisem Mostiska.
Mimo, że w wagonie nic się nie zmieniło, słońce nie zaszło, wentylatory
nie zaczęły nagle pompować ożywczego powietrza - zrobiło się przewiewniej,
mniej duszno i jakby odrobinę chłodniej. Żona po raz pierwszy od początku
podróży przywdziała na powrót wakacyjną minę, mrugnęła do mnie filuternie
i ze szczerym podnieceniem w głosie stwierdziła: "Wygląda na to,
że jednak zbliża się ocalenie".
Ocalenie pojawiło
się niebawem w osobie znanych nam już dobrze osobników w czapach, zaś
wyartykułowane zostało na powrót po rosyjsku hasłem: "Iditje s
nami!"
Pierwsze na peronie
zauważyłem powietrze. Suche, skwarne i gorące, ale posiadające również
tlen w proporcjach, o jakich mówiono nam w szkole na lekcji fizyki.
Przyglądałem mu się długo i namiętnie z postępującym jednocześnie błogim
uniesieniem i - wierzcie, czy nie - widziałem je doskonale. Wdychałem
je z namaszczeniem, wizualizując jego wędrówkę poprzez tchawicę do pęcherzyków
płucnych, stamtąd przedostające się do krwi, serca, mózgu... Z każdym
oddechem odczuwałem przypływającą wolę życia i ogarniała mnie ekstatyczna
nieomal wdzięczność tym z epoletami za wyprowadzenie nas z wagonu. Nawet
żonie wdzięczny byłem za odradzanie wycieczki na Ukrainę i obiecałem
jej solennie, że nigdy, ale to już nigdy podczas wakacji w Polsce nie
będę zdradzał ojczyzny wyprawami za inne, choćby nie wiem jak egzotyczne
i leżące nie wiem jak blisko miedzy granice.
Naoddychawszy się
do syta, odzyskałem widać zdolność percepcji otaczającego mnie środowiska,
bo spostrzegłem po drugiej stronie peronu zabudowania dworca. Przeszklona,
wysoka hala, jakieś wiaty, przybudówki. Wszędzie mrowie umundurowanych
mężczyzn i kobiet. Biegających pośpiesznie, stojących, siedzących, pokrzykujących,
piszących coś, stemplujących czy przykładem dwóch żołnierzy z drewnianymi,
czarno-białymi pałkami na pozór bezmyślnie przyglądających się cementowym
płytom peronu. Dalszą obserwację przerwał mi pojawiający się z nagła
posiadacz naszych paszportów, który wskazując nas jakiemuś innemu oczapkowanemu
szarżyście, przekazał mu nasze dokumenty. Bez wątpienia zadenuncjował
nas jednocześnie, bo tamten przyjrzał się nam uważnie, pokiwał palcem,
przywołując nas do siebie, spytał, czy znamy rosyjski i usłyszawszy
przeczącą odpowiedź powiedział po polsku, żebyśmy siedli na ławce i
czekali. Potem, sprowadziwszy tym samym co nas palcem jakiegoś adiutanta
ze złotymi epoletami i wyszytą na nich literą "K", polecił
mu mieć nas na oku i odszedł. "K", jak się później dowiedzieliśmy,
oznaczało "kadet", który okazał się niezmiernie sympatycznym
chłopcem mówiącym dość płynnie po angielsku. Dowiedziawszy się, że jesteśmy
ze Szwecji, doznał czegoś, co można by nazwać odwrotnością zaniemówienia.
Przez dobry kwadrans, jaki oczekiwaliśmy na potwierdzenie wyroku o deportacji,
mówił bez przerwy, upewniając się od czasu do czasu, czy aby na pewno
go rozumiemy. Zrozumiałem oczywiście, że jesteśmy pierwszymi spotkanymi
przez niego na żywo ludźmi z Zachodu i on po prostu zachłysnął się swoją
świeżo posiadłą umiejętnością. Sam pamiętam do dziś, jak w warszawskiej
kawiarni wskazałem eleganckiemu Murzynowi drogę do ubikacji po angielsku,
wspominając z nostalgią podniecenie, jakie mnie wtedy ogarnęło. I to
nie ze względu na tego Murzyna w ubikacji, lecz że odważyłem się powiedzieć
coś po angielsku, zostając na dodatek zrozumiany. Widać w szkole wpajając
mi wraz z przymusem do rosyjskiego nienawiść do niemieckiego, wszczepiono
mi niechcąco miłość do angielskiego.
Rozpoczął się powrót
do kraju. Oczekiwany może niezbyt długo, lecz z rzadko spotykaną intensywnością.
Stojąca za budynkiem dworca wojskowa ciężarówka przywiozła nas na przejście
graniczne dla samochodów. Jej dowódca nakazał nam opuścić pojazd, sam
zaś wdał się w rozmowę z szoferem wysłużonego autobusu oczekującego
na pasażerów pod budynkiem dworca kolejowego. Szofer wyglądał na czterdziestkę,
autobus znacznie poważniej. W wyniku pertraktacji dowiedzieliśmy się,
że mamy czekać, aż wsiądą wszyscy pasażerowie z biletami. Jeżeli będzie
miejsce, to i nas zabiorą przez granicę. Kolejną podpowiedź, iż powrotem
do Polski chętnie zajmiemy się na własną rękę, zignorowano dość oschle,
objaśniając jedynie, że przejście dla aut - jak sama nazwa wskazuje
- jest przejściem dla aut, a nie dla ludzi i możliwości spacerowania
tam i nazad po prostu nie ma. Musimy zostać przewiezieni na drugą stronę
autem - koniec, kropka.
Autobus zapełniał
się bazarowymi tobołami w towarzystwie ich właścicieli, a nasze szanse
malały w oczach. Aż znikły zupełnie. Drzwi za ostatnią, dopchniętą przez
kierowcę wielgachną torbą zostały zamknięte i wysłużony pojazd krztusząc
się i prychając pokołował w stronę Polski.
Zostawieni samym
sobie zaczęliśmy rozglądać się za jakimś prywatnym autem, ale zbliżywszy
się tylko nieznacznie do przejścia po ukraińskiej stronie, zostaliśmy
dość ostro stamtąd przegonieni. "Nie-pasażerom zabrania się zbliżać
do miejsca odprawy!" Znaleźliśmy się na ziemi niczyjej, z której
wyjście do obiecanej możliwe było jedynie przy pomocy samochodu, lecz
dostanie się do takowego uniemożliwiał zakaz zbliżania się do nich.
Jeszcze nie odprawione znajdowały się wciąż na Ukrainie, skąd nas właśnie
deportowano i dokąd bez wizy nie mogliśmy się dostać, natomiast już
odprawione rwały do granicy polskiej na pełnym gazie, jak wypuszczone
z procy.
Beznadziejną zdawałoby
się sytuację przerwał jeden z pilnujących porządku ukraińskich żołnierzy,
który - dostrzegając być może nasze zakłopotanie - poszedł i spytał,
czy to prawda, że jesteśmy ze Szwajcarii, bo jego kolega słyszał, że
z Austrii. Odpowiedzieliśmy pytaniem, skąd by wolał i zgodziliśmy się
na Szwajcarię. Potem zainteresowało go, czy mamy może papierosy, lecz
dowiedziawszy się, że nie, przyjął ofertę poczęstunku ekwiwalentem w
gotówce. Najchętniej w dolarach. Żona z odzyskaną już zupełnie przedsiębiorczością
zaproponowała mu wtedy, że byłaby skłonna namówić mnie do zafundowania
mu całego kartonu papierosów dowolnej marki, gdyby on zechciał znaleźć
nam auto do przewozu na drugą stronę. Również dowolnej marki. Żołnierz
zrozumiał w lot interes, natomiast nie od razu jakby zdobył pewność
co do znaczenia słowa "karton". Otrzymawszy od żony dodatkowe
wyjaśnienie, że chodzi o dziesięć paczek po dwadzieścia sztuk papierosów
w każdej, wykonał w tył zwrot, podszedł do pierwszego osobowego auta
wyglądającego na niegdysiejszą wołgę i, sądząc z gestów, po prostu rozkazał
kierowcy zabrać nas jako pasażerów.
Po niedługiej podróży
znów staliśmy się obywatelami mogącymi dowolnie dysponować swoim czasem,
decydować o miejscu przebywania, otwierać i zamykać okna, oddychać do
woli, posługiwać się znanym językiem - słowem odzyskaliśmy wolność.
Usłużny ukraiński kierowca, zmierzający do Polski po partię dywanów,
dowiózł nas do Przemyśla akurat przed zamknięciem międzynarodowej kasy
biletowej, gdzie zwrócono nam pieniądze za niewykorzystany bilet, a
około północy byliśmy z powrotem w Zwierzyńcu.
Wysiadłszy na dworcu
spojrzeliśmy po sobie, uśmiechnęli się i, odczekawszy aż pociąg odjedzie,
ruszyli w stronę domu. Przechodząc przez tory wpadliśmy sobie ze szczęścia
w ramiona. W domu! Znów w domu! Trwaliśmy w uścisku dobrą chwilę, ciesząc
się rześkim powietrzem, ciszą, rozgwieżdżonym niebiem i nocą. Aż w pewnym
momencie żona poderwała się, przeskakując o krok do przodu.
- Co się stało? - krzyknąłem zaniepokojony.
- Uważaj! Stoimy
na szerokim torze!