Tam, gdzie konaj± bezdro¿a

2003.08.05 Nasza Polonia


"Czym jest dobro? Wiedz± o rzeczywistoci.

Czym jest z³o? Jej nieznajomoci±."

(Seneka)

 

 

Szanowne Panie, Szanowni Panowie, Szanowni Pañstwo.

Nazywam siê Andrzej Fromm, mam dwie córki (osiemnacie i cztery lata), syna (lat dwanacie) i ¿onê, która ca³± tê nasz± ha³astrê utrzymuje przy ¿yciu. Mam te¿ 42 lata (co podkrelam, choæ do niedawna broni³em tezy, i¿ wiek to wy³±cznie cecha charakteru) - i niech tych kilka s³ów wystarczy Wam za wstêp.

Piszê do Was z pogranicza. Z obszaru, na którym daleko do konstatacji "nie staæ nas na to, tamto, siamto i owamto", za to coraz bardziej po drodze z kategorycznym "nie staæ nas na nic". Ze strefy ograniczonej frustruj±cym, mimo to akceptowalnym "nie mo¿emy mieæ wszystkiego" - i budz±cym grozê "nic nie mo¿emy mieæ". Znad granicy poni¿enia: cienkiej, czerwonej linii, oddzielaj±cej kulturê od barbarzyñstwa, rozs±dek od szaleñstwa, ch³odn± logikê racjonalnych argumentów od ob³êdu, a wywa¿one zdania intelektualnej dysputy od poczucia totalnego rozchwiania i zagubienia.

To takie... s³owa znad urwiska.

Zdania z domieszk± ³ez.

Tylko w tym momencie mogê napisaæ taki list, póki tkwiê na pograniczu. I tylko teraz mo¿ecie mnie wys³uchaæ. Nie musicie, mo¿ecie - prawdê powiedziawszy, po tamtej stronie zobojêtniejê, nie dbaj±c, co z mymi s³owami uczynicie. Tamt± stron± w³ada nico¶æ: tam dogorywaj± gociñce, konaj± bezdro¿a, cierniska gryzie szloch, tam zdycha determinacja. Z tamtej strony biedy skowyczy cisza, albowiem prawdziwej nêdzy odjêto swobodê publicznej wypowiedzi.

 

POWÓD I PRAWO

 

"Byæ biednym to nie grzech, ale straszny wstyd" - zwyk³ powtarzaæ amerykañski humorysta Kim Hubbard. Fakt, wstydzê siê: ubóstwo zwyk³o milczeæ, tymczasem prawdê o nêdzy zamierzam Wam wykrzyczeæ, swój krzyk dedykuj±c ludziom bezzasadnie zak³adaj±cym, i¿ orientuj± siê o czym mówi±, snuj±c wywody o biedzie. Wiêcej ni¿ zadedykowaæ. Powci±gliwo¶æ bywa godna szacunku w obliczu nadmiaru, nie w niedostatku, a wulgarno¶æ, jak powiadaj±, to ujcie dla emocji, przyznam zatem szczerze: chcê opluæ im twarze.
Mam powód, zatem mam i prawo.

Plujê wiec w twarze mened¿erom przesz³oci, którzy ponoæ nie zdawali sobie sprawy z wysokich kosztów transformacji ustrojowej i towarzysz±cych jej bolesnych zjawiskach spo³ecznych. Bowiem je¿eli o tym nie wiedzieli, nie zas³ugiwali laur przewodzenia, jakim obdarzy³ ich Naród. A jeli wiedzieli i nie mówili, nie zas³ugiwali tym bardziej.

Plujê w twarze b³aznom, deliberuj±cym czy bieda sprowadza siê do tego, ¿e na co kogo nie staæ, czy te¿ oznacza niemo¿liwo¶æ zaspokojenia podstawowych potrzeb, w nastêpnej kolejnoci glêdz±cym o kszta³ceniu umiejêtnoci, roli s³u¿b socjalnych, otwieraniu kana³ów mobilnoci i spo³ecznej sprawiedliwoci.

Opluwam tandeciarzy, szczyc±cych siê uniwersyteck± wiedz±, wyliczaj±cych liniê ubóstwa dla spo³eczno-ekonomicznych gospodarstw domowych zale¿n± od wielkoci gospodarstwa domowego, potrafi±cym odró¿niæ biedê od nêdzy, a skrajne ubóstwo od minimum egzystencji, lecz nie rozumiej±cych, ¿e "Wiedza sama w sobie jest niczym, je¿eli nie s³u¿y jakiemu celowi (Diogenes), za "Wiedza bez sumienia to upadek duszy" (François Rabelais).

Opluwam ferajnê najemników przyroniêtych do stanowisk, zapatrzonych w partyjne, rz±dowe i samorz±dowe apana¿e, ba³amutnie apeluj±cym o podjêcie publicznej debaty o ubóstwie i rozwa¿aj±cym co z polsk± bied± pocz±æ - w obawie, by ta nie zmiot³a ich ze sceny.

Plujê w twarze piewcom liberalizmu, owym zafrasowanym gnomom, siêgaj±cym do wora perspektyw makroekonomicznych i efekciarsko wy³awiaj±cym zeñ cudowne recepty na wzrost gospodarczy i owocn± przysz³o¶æ, ob³udnie wymachuj±cym wiedz± zamkniêt± w kastowych, pozbawionych efektywnych prób ekstrapolacji w mikroskalê makrodiagnozach, nawo³uj±cym do uelastycznienia rynku pracy przez obni¿enie kosztów zatrudnienia, skoro naród zafundowa³ sobie p³ace i wiadczenia na poziomie jakoby wy¿szym ni¿ wynika³oby to z jego wydajnoci.

 

Wreszcie plujê w twarze ulepionym z mama³ygi pustos³owia pêtakom, zw±cych siebie politykami, cynicznie kupcz±cymi nadziej± wobec bior±cych ich arlekinadê za troskê o bli¼nich, a semantyczne gierki wyja³owionymi z treci wywodami leksykalnymi za odpowiedzialne refleksje o stanie pañstwa.

 

"TATO, JESTEM G£ODNY!"

 

Owó¿ nikt z wy¿ej wymienionych nie wie, co to jest bieda, nagann± niewiedzê czerpi±c wprost z czarnej dziury braku dowiadczenia. Nawet je¿eli kiedykolwiek s³yszeli z ust piêcioletniego ch³opca: "Tato, jestem g³odny!", jeli widzieli jego ojca, któremu w gardle pêcznieje glista rozpaczy, który usi³uje przezwyciê¿yæ bezradno¶æ uderzaj±c piê¶ci± o kuchenn± cianê - nic o biedzie nie wiedz±! G³upcy! G³upcy i durnie - by z bied± walczyæ, ma³o j± okrelaæ, rozpoznawaæ, ustalaæ czy przeliczaæ. Biedê nale¿y czuæ -a oni nie maj± pojêcia, z czym ¿re siê j± na co dzieñ. Dlatego nie obchodzi ich, co dzieje siê z biednymi.

Chyba, ¿e dzielili los biedaków.

¯e to ich syn ³akn±³ chleba.

¯e to oni wy¿ebrali bochenek od s±siada.

I ¿e to im krwawi³y knykcie.

...Wtedy jednak nie s³yszeliby mego krzyku: realna nêdza g³uchnie ("Venter non habet aures" - brzuch nie ma uszu), a namacalna bieda lepnie i nie sk³ada liter. Powiadali staro¿ytni: "Primum vivere, deinde philosophari" - co najakuratniej prze³o¿y³ Bertold Brecht: "Najpierw ¿arcie, potem mora³ mo¿na daæ".

Aby skutecznie nie¶æ ulgê cierpi±cym na epilepsjê, medyka nie musz± drêczyæ konwulsje, z drugiej jednak strony: "¯aden lekarz nie bêdzie dobry, je¿eli sam nigdy nie chorowa³" (Konfucjusz). Jak twierdzi³ Immanuel Kant: "Nie znamy rzeczy a priori, z wyj±tkiem tych, których sami dowiadczamy".

Co to s± "realna nêdza" i "namacalna bieda"? Poczekajcie, poczekajcie. Wergiliusz w "Eneidzie" rzecze: "Experto credite!" - "Wierzcie temu, kto sam dowiadczy³". Poczekajcie: wci±gam powietrze do p³uc, ¿e tak powiem.

 

TO TYLKO £ZY

 

Gdy ponad piêæ milionów Polaków codziennie ryzykuje ekonomiczny kataklizm, blisko dwóm milionom nie wystarcza na najtañsze jedzenie i ubranie, prawie milion nie dojada, bytuj±c na granicy g³odu, gdy Polski Czerwony Krzy¿ informuje, ¿e ponad dwiecie tysiêcy polskich dzieci jest notorycznie - notorycznie! - niedo¿ywionych, a Rzecznik Praw Dziecka podaje, ¿e sze¶æset tysiêcy "nie spe³nia obowi±zku szkolnego" - to nie jest bieda.

To statystyka.

Gdy wzruszeniem ramion kwitujesz socjologiczne dywagacje o ubóstwie, wzdragasz, przys³uchuj±c blekotaniu telewizyjnych g³ów, ze swad± peroruj±cych o reformowaniu i restrukturyzacji, gawêdz±cych o prawid³owociach rozwojowych, dziedzictwie przesz³oci, o "homo sovieticus", truj±cych z³ogach sowietyzmu i ¿ongluj±cych "racjami ekonomicznymi" pospo³u z pojêciami w rodzaju "postaw roszczeniowych" czy wrêcz "roszczeñ wygórowanych" - zasadnie postêpujesz, bo to równie¿ nie jest bieda.
To polityka.

Gdy czynnoci tak prozaiczne jak wymiana uszczelki w ciekn±cym kranie, pêkniêtej szyby czy ¿arówki siêgaj± wymiarów finansowej tragedii, a ty rezygnujesz z ¿ebraniny o zasi³ek, poniewa¿ jego wysoko¶æ nie wystarcza na dojazd i powrót z Urzêdu Gminy; gdy strzepujesz do garnka okruszki z szeleszcz±cego malizn± woreczka po makaronie bezjajecznym; gdy wypatrujesz tañszego o 15 groszy cukru i przemierzasz kilometry, by zdobyæ najtañszy w okolicy olej; gdy grubo¶æ kromki chleba plasujesz poza estetyk±; gdy wychodzisz na targowisko po dwa jajka, a kaszê jêczmienn± kupujesz sypi±c w d³oñ ekspedientki skrupulatnie wyliczone piêcio-, dwu- i jednogroszówki; gdy szerokim ³ukiem omijasz choæby "ciuchlandiê"; gdy cieszysz siê, zdo³awszy ukra¶æ ze sklepowej pó³ki kostkê mas³a i oblanego lukrem p±czka; gdy nie p³acisz za czynsz, wodê, energiê elektryczn± i gaz, rachunki odk³adaj±c w stos cigaj±cy siê z siostrzanym, zawieraj±cym nie zrealizowane recepty na lekarstwa dla dzieci, a twe rozdarcie zszywa zblazowane pytanie inkasenta: "P³aci pan, czy mam wy³±czyæ?"; gdy zdejmujesz z palca obr±czkê, by zamieniæ j± na kês chleba, bry³ê wêgla, podrêcznik dla córek i buty dla syna - to te¿ nie jest bieda.
To przejciowe trudnoci gospodarcze.

Gdy dostrzegasz w oczach latoroli przeb³ysk wiadomoci: ¿e ksi±¿ki-nauczanki o tym, jak to jest ze ¦wiêtym Miko³ajem, niebem ksiê¿ycowym i s³oniem afrykañskim, ¿e pyszny smak dra¿ni±cego gard³o "picia po którym siê nie kaszle", ¿e klocki Lego, czekolada, banan -i inne, oczywiste do niedawna prezenty-spodziewanki naraz zaliczyæ trzeba do asortymentu rarytasów dostêpnych znienawidzonym niespodziewanie szkolnym kole¿ankom i kolegom, tym wybranym, szczê¶liwszym, lepszym; ¿e widok wracaj±cego ze sklepu i wyk³adaj±cego na kuchenny stó³¿ne-ró¿niste-ró¿noci taty, ¿e wyjazdy na poszukiwanie skarbów wiosny, lata, jesieni i zimy, ¿e zabawa pe³na miechu na trzy piêtra i s±siadów zza cian, ¿e mama radosna... - ¿e by³ to sen kolorowy, legenda, marzenie; gdy obserwujesz bunt uzewnêtrzniony zawirowaniem wst±¿ek w warkoczach siedmioletniej córki: "Tato, dlaczego?!" - do diab³a, to te¿ nie jest jeszcze bieda!

To tylko ³zy.

Kiedy w takim razie mo¿na mówiæ o biedzie?

 

PRZECIERAJ¡C TWARZ

 

Gdy rzeczywicie zakleszczasz siê w sobie, wegetujesz, ograniczaj±c do zabiegów syc±cych jeno biologiê? Gdy aspiracje dzieci, ladem ziemniaczanych obierków, upychasz w worku z odpadkami, a jedyne, co mo¿esz im przekazaæ, to gorycz? Gdy dr¿ysz, spogl±daj±c na termometr za oknem, wybornie wiedz±c, jak niewiele kalorii wykrzeszesz z zziêbniêtych d³oni i do jakiej temperatury martwy piec rozgrzejesz strwo¿onym sercem? Gdy zagl±dasz w oczy matki twoich dzieci, oczy bezbarwne i szkliste, gdy widzisz sp³ywaj±ce po policzkach kaskadami ¿alu krople rezygnacji, usi³uj±cej rozpaliæ ten sam piec listami z kiedy, kiedy, i z dalej od sk±dkolwiek, szepcz±cej zduszonym, wypranym z emocji, beznamiêtnym g³osem ¿e pamiêæ nie daje ju¿ si³y, a marzenia nie ocuc± wymar³ych talerzy?

Wtedy wiêc?

A mo¿e wówczas, kiedy ¿yjesz, czekaj±c na ¿ycie? Gdy dum± i honorem postanawiasz zaj±æ siê kiedy indziej? Gdy doszczêtnie znienawidzi ciê twe w³asne odbicie i zorientujesz siê, ¿e najgorsz± stron± bytu nêdzarza jest brak mo¿liwoci wyboru? Gdy zgorzknienie puchnie frustracj±, apatia przeistacza w agresjê, a ty starasz nie wycofywaæ, poszukuj±c okruszyn przydatnoci - wiadom, ¿e twe dzia³ania pozostan± bezp³odne? Gdy s³oñce zachodzi z gniewem i z³oci±? Gdy ci±gle jest zima, a nigdy nie ma Bo¿ego Narodzenia (Clive Staples Lewis)? Gdy idziesz ulic±, obok drepcze twój wierny pies: pora¿ka, a "potêgê smaku" odnajdujesz wy³±cznie w strofach wiersza Zbigniewa Herberta? Gdy konkludujesz, ¿e ¿ycie to gar gówna (Kurt Vonnegut), a ty za du¿o na³o¿y³e sobie na talerz?

Czy mo¿e wtedy, kiedy empatia staje siê s³owem pustym jak wiatr, mieræ potrzeb± duszy, a ty rozwa¿asz, w jaki sposób zrejterowaæ, by k³opotów nie przysporzyæ rodzinie? Gdy nie znajdujesz powodu, ¿eby oddychaæ, martwym bêd±c, choæ wiedzieæ o tym nie chcesz?!

...O, tak. Wtedy ocierasz siê o biedê. Rzec mo¿na: twarz±. Ocierasz jedynie, choæ niek³amana bieda czai siê tu¿ obok. Prawdziwej biedy dotykasz, gdy zrozumiesz, ¿e to co konieczne, jest niemo¿liwe. ¯e chcieæ to ma³o, skoro nie mo¿esz. Gdy wiesz ju¿ jak ¿yæ i co to znaczy byæ wolnym i pojmiesz, ¿e to za ma³o, by prze¿yæ - wiedzieæ, co zrobiæ z ¿yciem - bo wolno¶æ daj± pieni±dze.
I ¿e ca³a reszta to be³kot.

"¯ycie bez namiêtnoci nic nie jest warte" - zauwa¿y³a przed laty pisarka Joanna Chmielewska. "Namiêtno¶æ ograniczona mo¿liwociami, bardziej ni¿ wartoci przydaje ¿yciu bólu" - skomentowa³a moja ¿ona. Zaiste prawdziwie powiedziane - i powiedziane nazbyt powci±gliwie.

Bieda peszy.

¯enuje.

T³amsi.

Zniewala.

Upokarza.

Przestraja percepcjê, modyfikuj±c j± na kszta³t szczurzej. ¯±da jednego: prze¿yæ.

Dotrwaæ.

Przetrwaæ!

Wytrwaæ!!

Trwaæ!!!

Bieda upadla.

 

W¡DO£Y UPODLENIA

 

Gdy przedszkolaki przeklinaj±, uczniowie podstawówek wymuszaj± haracze, m³odzie¿ znêca nad zwierzêtami, licealici podrzynaj± gard³a rodzicom (i morduj± nawzajem), nauczyciele d¼gaj± no¿ami uczniów (i vice versa); gdy na przestrzeni omiu lat czterokrotnie ronie liczba bójek i pobiæ wród nastolatków, policja nie ma czasu i pieniêdzy na ³apanie przestêpców, a policjanci "przytulaj± parê z³otych na boku" - to jest bieda.

Gdy na castingi do filmów pornograficznych zg³asza siê w Polsce po kilkaset osób, dwudziestoletnia Polka bije "seksualny rekord wiata", w ci±gu omiu godzin uprawiaj±c seks z przesz³o szecioma setkami mê¿czyzn, a na pytanie jak siê czuje odpowiada: "Jestem dumna"; gdy pisma dla nastolatek doradzaj±, jak i gdzie podczas wakacji "modnie straciæ cnotê"; gdy sporód wszystkich mieszkañców kraju po³o¿onego miêdzy Odr± a Bugiem tylko jedna osoba na dziesiêæ poprawnie odczytuje treci przekazywane w programach informacyjnych; gdy emerytki dostaj± spazmów ze wzruszenia, lepn±c przy po³udniowoamerykañskich serialach - to te¿ jest bieda.

Gdy zacierane s±¿nice miêdzy informacj± a propagand±; gdy system ubezpieczeñ spo³ecznych na dobr± sprawê nikogo nie ubezpiecza; gdy jedn± czwart± samorz±dowego bud¿etu z¿era administracja; gdy 70 procent wody dostarczanej odbiorcom dwudziestu najwiêkszych polskich miast nie nadaje siê do picia; gdy z powodu nie uiszczonych rachunków Telekomunikacja Polska odcina po³±czenia telefoniczne bankrutuj±cym szpitalom, personel innego miesi±cami nie otrzymuje wynagrodzeñ, organizuj±c g³odówki i wychodz±c na ulice z transparentami "prosimy o chleb!"; gdy gangrenuje siê ideê wolontariatu, za "wykazywan± inicjatywê" chwal±c ludzi gotowych pracowaæ za "dajcie mi szansê siê zaczepiæ", za n-ty "okres próbny", za obietnicê sta¿u, za darmo (pseudorecepta na bezrobocie: praca dla satysfakcji. W kroczu w³os siê je¿y, gdy do tego stopnia debilne pomys³y lansuj± tuzy kszta³tuj±ce opiniê publiczn± w moim kraju)... tak, tak - to równie¿ jest bieda.

Gdy Konstytucja staje siê zbiorem postulatów w miejsce zbioru zasad, a zapisy "najwy¿szego aktu prawnego" warte s± mniej ni¿ papier, na którym je wydrukowano; gdy ka¿de cztery na dziesiêæ ustaw rozpatrywanych przez Trybuna³ Konstytucyjny to absolutne knoty wype³nione paragrafami sprzecznymi z prawem; gdy najperfidniej omijaj± prawo ci, którzy je stanowi± za poselski immunitet staje siê to¿samy z bezkarnoci±; gdy liderzy grup przestêpczych maj± wp³yw na dzia³ania lokalnych i pañstwowych szczebli w³adzy; gdy niektórzy sêdziowie, prokuratorzy i adwokaci nie tylko wi±¿± siê ze wiatem przestêpczym, ale i kieruj± gangami, gdy elity oskar¿a siê o korupcjê nied³ugo po oskar¿eniu lekarzy o mordowanie pacjentów za pomoc± leku zwiotczaj±cego miê¶nie; gdy minister spraw wewnêtrznych i administracji wali publicznie na odlew: "Tam, gdzie jest to mo¿liwe, nale¿a³oby dzia³aæ zgodnie z przepisami", a nikt nie zauwa¿a i nie wytyka ministrowi "lapsusu", wiêc dwie trzecie Polaków deklaruje respektowanie prawa "o ile jest ono sprawiedliwe"; gdy minister zdrowia frymarczy zdrowiem najubo¿szych rozdymaj±c kampaniê leków za z³otówkê ("Zastanówmy siê, czy jeli emeryt zaoszczêdzi miesiêcznie dziesiêæ z³otych, to bêdzie du¿o czy ma³o. Ja uwa¿am, ¿e du¿o" - powiedzia³ na antenie Polskiego Radia, wszelako minister ¼le uwa¿a, bo to nie jest du¿o, to pod³o¶æ); gdy premier "przywraca strategiczny wp³yw pañstwa", a powiêcaj±c siê dla dobra kraju i dbaj±c o interes narodowy, w tym interes najbiedniejszych (pamiêtacie expose? "Gospodarki i ¿ycia spo³ecznego nie bêdziemy d¼wigaæ kosztem najubo¿szych, bezrobotnych i bezradnych") sprzedaje Polakom nadziejê, a naród ³yka jego s³owa niemal jak bocian ¿abê (niemal, bo ¿wawo niczym bocian, lecz bezrozumnie jak tylko cz³owiek potrafi) - wtedy tak¿e mamy do czynienia z bied±.

Tylko gdy minister finansów, namawiaj±c Polaków do integracji z Uni± Europejsk±, wieci im po oczach euro, przynêtê taj±c w konfabulacjach typu: "£ódka nad fiñskim jeziorem, muzeum w Hiszpanii" (¿e niby wyje¿d¿aj±c, Polacy nie bêd± mieli k³opotów z wymian± pieniêdzy) - to nie jest bieda. Gdy cz³owiek nie wie, na jakim wiecie ¿yje, to wyraz paranoi, nie biedy i wniosek st±d s³uszny: minister finansów lep± uliczk± ewolucji.

W sumie to jest w³anie obraz dotykalnej, autentycznej biedy: gdy bezprawie i chaos zastêpuj± prawo i porz±dek, gdy uczciwo¶æ staje siê egzaltacj±, na któr± nie mo¿esz sobie pozwoliæ, gdy przemoc przeciera kobierzec normalnoci, upodabniaj±c go do s³omianki rzuconej na pryzmê ³ajna kryminalnej anarchii, gdy terminy "uczciwo¶æ" oraz "prawo¶æ" znikaj± miêdzy ok³adkami s³ownika staropolszczyzny, a tolerancja do spó³ki z polityczn± poprawnoci± i relatywizmem mia¿d¿± szlabany znaczeñ i wartoci, wdzieraj±c na torowisko grzechu, po czym anomi± defekuj± westybul absolutu.

 

STYLOWA TONACJA MATACTWA

 

S±dzicie, ¿e to Himalaje bana³ów? Wiêc krzyknê Wam co jeszcze, co, co Was zaskoczy: bieda wcale nie chowa siê w ubóstwie, bieda ukryta jest w sytych! Dwa tysi±ce lat temu Jezus wypêdzi³ kupców ze wi±tyni, a pieni±dz cierpliwie doczeka³ wendetty i historia wróci³a fars±. W Polsce sprywatyzowano zyski i uspo³eczniono straty, a handlarze zm±drzeli - przywdzieli szaty kap³añskie i teraz oni wypêdzaj± ze wi±tyni Chrystusa. Oto powszechne, jawne, ekspresyjne oblicze biedy. Rzetelna, wymowna, stylowa tonacja matactwa: dyrektor artystyczny pewnego domu mody publicznie wyznaje, ¿e szczytem luksusu jest nie wiedzieæ, ile pieniêdzy przeznacza siê na ubranie!

Szczyt luksusu?! Raczej dno kloaki, wype³nionej ³ajnem arogancji!

À propos arogancji... Wiecie, jak wysysaj± pieni±dze podatników agencje rz±dowe i fundusze centralne? Jak znakomicie radzi sobie rzesza prezesów, dyrektorów, cz³onków rad nadzorczych, doradców i specjalistów, lukratywnymi kontraktami ¿ywi±ca niezliczone tabuny bli¿szych i dalszych pociotków? Wiecie, jak niebotycznie rosn± dochody urzêdników wybuja³ej niczym krwio¿ercza hydra administracji pañstwowej najwy¿szego szczebla? Albo koszty jej obs³ugi w postaci samochodów s³u¿bowych, ochrony, specjalnych domów wypoczynkowych i sanatoriów, lecznicy rz±dowej zarezerwowanej dla nich i cz³onków ich rodzin? Horrendalna rozrzutno¶æ, bizantyjskie wrêcz rozpasanie.

Oto styl sprawowania w³adzy: rwaæ dobro publiczne, rwaæ ile mo¿na, ile plugawe dusze zapragn±. Oto polska klasa panuj±ca: zdegenerowani nuworysze, unurzani w breji mafijnych powi±zañ, partyjnych traktatów, wzajemnych uk³adów i asekuranckich, maj±tkowych intercyz.

Aferalny syndykat, p³awi±cy siê w luksusie i mami±cy os³upia³y plebs k³amliwymi zapewnieniami rodem z podrêczników socjotechniki. Oto Polska: pañstwo gangsterskich interesów, skompromitowane, prze¿arte aferami, pozbawione efektywnego przywództwa. Kleptokratyczne kondominium na miarê afrykañskich re¿imów. Kraj we w³adaniu partyjnych baronów, finansowych oligarchów i zbrodniczej kliki kumotrów.

Polska przypad³a diab³u. Patriotyzm? Wartoci? Idee? Wspólne dobro? A jak siê to pisze?! W tym kraju przyzwoito¶æ tyle razy dostawa³a kopa - ¿e ju¿ nie potrafi siê podnie¶æ!

Zwrócilicie mo¿e uwagê na popularne wród establishmentu demonstracje przeciwko biedzie, owe monstrualne bankiety zwane "imprezami dobroczynnymi", na jakie finansowe elity z nale¿ycie ufortyfikowanych enklaw przepychu na obrze¿ach miast przekradaj± siê, przelizguj±c miêdzy obskurnymi, zrujnowanymi blokowiskami, a na których ho¿e damy tuzów rodzimego wiata polityki i biznesu, w sztafa¿u wystawnych dekoracji, zza wykwintnie przybranych, zastawionych frykasami sto³ów, wiec±c dyskretnie ukrytymi na palcach i deksoltach precjozami, w kreacjach za kilkanacie tysiêcy z³otych "przeciwstawiaj± siê nêdzy", za ich w³aciciele, tryskaj±c entuzjazmem zza jedwabnych krawatów i klap garniturów od Armaniego celebruj± u³omn± lito¶æ, te kpiny ze zdrowego rozs±dku uzasadniaj±c ¿a³osnym trelem frazesów o "spo³ecznej wra¿liwoci"?!

Obrzêkniête od dobroci samopoczucia, usta paplaj±ce o ludzkiej godnoci, wargi z patosem gulgocz±ce o wyrównywaniu szans, solidarnoci i wspólnych celach... Pora¿aj±cy rodzaj komunikacji z nêdz±. Jedyny, jaki znaj±: komunikacji za pomoc± totalnego ³garstwa. Stado hipokrytów, zbijaj±cych fortuny na oszustwie. Wataha nagich kutasów o sparszywia³ych sumieniach... nie, do cna wyzbytych sumieñ i pozbawionych wstydu - stoj±cy kutas ma ochotê, lecz nie rozwa¿a niuansów konfuzji! Zaiste, pieni±dze nie mierdz±, to ich w³aciciele cuchn±!

...Bezpodstawne uproszczenia? Demagogia, powiadacie? Nie jestem obiektywny, tak? Có¿, obieca³em wykrzyczeæ Wam prawdê, nie obiektywizm. Krzyk z samej definicji oznacza przesadê. Czasami krzyczymy, by nie sparali¿owa³ nas strach. W wietle tego co napisa³em, mo¿na go nazwaæ histerycznym, ale na pewno nie bêdzie to histeria. Ot, wykorzystujê prawo do przejaskrawieñ, g³osy nawet s³yszê: larum graj±!

 

BÊDZIE G£O¦NO?

 

Bieda nie ¿yje jak chce, lecz jak potrafi, z regu³y milcz±c. "Przez ¿ycie, jak przez b³oto, idzie siê z trudem" - zapisa³ Wiktor Hugo. Niektórych b³ocko wci±ga - bo tak urz±dzamy nasz bezprecedensowy wiat, dramatem jawi±cy siê wtedy, gdy naraz tonie zbyt wielu. Ale uwaga, uwaga - to ju¿ dzisiaj, to teraz. Panie, Panowie: witajcie w ciê¿kich czasach! Je¿eli, jak mawiaj± reporterzy radiowi: "¯ycie jest surowcem", to ¿ycie biedaków przypomina dzi surowiec wtórny, nie nadaj±cy siê nawet do utylizacji.

Niejeden toner spaskudzono i niejedn± ryzê papieru zu¿yto, analizuj±c sukcesy ugrupowañ okrelanych mianem populistycznych. Obw±chuj±c kariery aktywistów nicowano partyjne programy, a wype³nione zawi³ymi analizami przyczyn i skutków dyskusje trwaj±, choæ nieskomplikowana diagnoza ma budowê m³otka: liczba zawiedzionych (zra¿onych, rozczarowanych, zniechêconych, odrzuconych) siêga progu tolerancji organizmu zwanego pañstwem. ¯eby tak rzec: z czubem. I tworz±ce naród "masy" mówi± "basta!"

¯e "basta!", niechby masowe, to cokolwiek ma³o, by zrodziæ przywództwo? Nie rozmieszajcie mnie - i na rewolucjê wystarczy. "Rz±d do roboty za 500 z³otych! Mamy do¶æ demokracji dla bogatych!" - wo³aj± na manifestacjach pielêgniarki, miesi±cami nie otrzymuj±ce pensji.

Pielêgniarki, lekarze, nauczyciele, rencici, emeryci, rolnicy, stoczniowcy, hutnicy, górnicy... d³ugo mo¿na wymieniaæ, dziwi±c siê, jak wiele grup spo³ecznych nadal grzeszy w tym kraju ³agodnoci±!

I strze¿cie siê tych, którzy owiadczaj±, ¿e "demokracja to dialog". A jeli naprawdê tak uwa¿acie, pos³uchajcie uwa¿nie, bo mam dla Was nowinê: demokracja nie wymaga dialogu. Wymaga wiêkszoci. Zasadniczy kanon demokracji brzmi: wiêkszo¶æ. I kwita. Mo¿ecie to zapamiêtaæ?

Powy¿sze domaga siê oczywicie uzupe³nienia. Bo kiedy umrze nadzieja, gdy nêdza siêgnie dwudziestu, mo¿e dwudziestu z hakiem procent populacji, ubóstwo wylezie z k±tów: gromada niezaradnych, upoledzonych ekonomicznie odszczepieñców przestanie siê w nich mieciæ.

Tkwi±ca w zakamarkach sfora przestanie przepraszaæ, ¿e ¿yje. Dotrze doñ, ¿e ¿ycia nie powtórz± - i ¿e nikt nie zrekompensuje im egzystencji nierównych szans. A kiedy splenia³a, skumulowana, rozsierdzona bieda hurtem otworzy lepia i zacinie piê¶ci... Hiszpañski jezuita Baltazar Gracjan y Morales przestrzega³: "Nie walcz z cz³owiekiem, który nie ma nic do stracenia". S³usznie. Cz³owiek, który nie ma nic do stracenia, nie boi siê ryzyka.

Nie widzicie zwi±zku? "Akceptowanie fa³szywej sytuacji jest fa³szowaniem siebie" - upomina³ S³awomir Mro¿ek. Fa³szowanie rzeczywistoci dla zaspokojenia iluzorycznych, konsumpcyjnych korzyci w tera¼niejszoci zemci siê - byæ mo¿e jutro lub w najbli¿szy wtorek. Poznajcie opiniê znad granicy nêdzy (jeli chcecie: z pogranicza biedy i totalnego ubóstwa). Werdykt gratis, w prezencie, gdy¿ niezad³ugo prawdopodobnie ca³okszta³t zwinie mi kalafiorem.

Id± t³uste lata dla nêdzy, ¿e siê tak wyra¿ê. Powiadam wam, jest siê czego baæ. Zróbcie z tym co, cokolwiek, ale zróbcie szybko. Albo nêdza zrobi to za was - i bêdzie g³ono. Powtarzam, larum ju¿ graj± - nawet ob¿artym idiotom do tego stopnia nie powinno zale¿eæ na decybelach! Zgoda, bywaj± piêkne katastrofy (czytalicie Kazantzakisa? Widzielicie "Greka Zorbê"?) - pod warunkiem, ¿e s± to katastrofy cudze. Ta sadz±ca wielkimi susami ku waszym przedpro¿om równie¿ olni - g³odni wybuchn± miechem, sytym daruj±c krwawe ³zy.

 

* * * * *

 

Elias Canetti rzek³ kiedy: "Trudno jest powiedzieæ akurat tyle, ile chce siê powiedzieæ". Ja mam tylko swój krzyk, teraz wiêc zamilknê - do¶æ siê nakrzycza³em. Sytych serdecznie pozdrawiam, treciwych posi³ków ¿ycz±c. Mo¿e Bóg im wybaczy - powiadaj±, ¿e to Jego zawód. Ja nie zamierzam: smród transformacji ustrojowej dokumentnie przepali³ mi mózg, kleszcze recesji rozp³ata³y serce, a ¿e buteleczkê endorfin st³uk³em na ganku anonimowych dobrobytów, to i wielkoduszno¶æ mi zwiêd³a. Jeli o mnie idzie, obejdzie siê bez depenalizacji ohydztwa: grzebiê nadziejê w miejscu, w którym konaj± bezdro¿a i nie programujê u³askawieñ.


Z powa¿aniem, Andrzej Fromm.

 


Copyright (c) by Andrzej Fromm, lipiec 2003

afromm@op.pl